Wspinam się ulicą, kiedy słyszę rozmowę dwóch polskich dziewczyn wysiadających z samochodu zaparkowanego przy chodniku. Przyglądam się im i ze zdziwieniem zauważam, że jedna z nich ubrana jest w nikab.
- Nie, ale muszę tak chodzić ubrana. Takie mają zasady, jak pracujesz u nich to musisz tak chodzić jak ich kobiety - dziewczyny znikają w budynku.
Myślę - Do licha, mogłam zagadać, bo ona pewnie pracuje tam gdzie ja.
Za chwilę jestem w dużym jakimś pokoju. Pełno tutaj kabin, jakie spotyka się ustawiana tymczasowo latem nad morzem. Kobiety jak i mężczyźni wyszukują coś w dużych kartonach ustawionych na stole. Trochę jak w ciuchlandzie - wyciągają jednak zawsze te same niebieskie suknie i znikają w kabinach. Brodaty facet, nieco o marginalnym wyrazie twarzy, popycha wszystkich ku kabinom i każe się spieszyć. Tak przynajmniej się domyślam, bo krzyczy w jakimś obcym mi języku. Robię jak inni - wyciągam na chybił trafił niebieską bawełnianą suknię a la worek i wchodzę do kabiny. Za chwilę już jestem na zewnątrz. A tu niespodzianka - na ulicy stoi mój Chłop. Wpadam na pomysł, by mu się pokazać w moim nowym roboczym wdzianku. Daję mu buziaka na cześć, gdy nagle spod ziemi prawie wyrasta ten brodaty nieprzyjemny gość i drze się, że złamałam reguły i że trzeba mnie srogo ukarać. Zaraz zlatuje się grono jego sobowtórów - sami brodaci i wredni typkowie z kałachami w rękach. Drą się jeden przez drugiego, pchają mnie gdzieś na chama. Przy okazji łapią też Chłopa.
Jesteśmy w sali sądowej. Jakiś siwobrody facet w białej sukni i z turbanem na głowie mówi, że ponieważ mój Chłop to mój chłop, to kara będzie mniejsza. Ale i tak muszą mnie srogo ukarać. Już widzę zbliżającego się okrutnego kata i ....dryn dryn. Budzę się. W radiu wiadomości poranne: "Paris confirme la mort des deux otages français au Niger. Les corps des deux Français enlevés vendredi soir au centre de Niamey ont été retrouvés ce samedi 8 janvier 2010. Le ministre français... " -pstryk. Wyłączam radio, jak tak można?, idę wziąć prysznic i zapomnieć, choć na chwilę, że już nie da się spać spokojnie. Granica została zerwana. Idziemy wszyscy smutną drogą na nieistniejące południe....
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamknięty rozdział. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamknięty rozdział. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 stycznia 2011
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Last Night przypadkiem
- Idziemy do kina?
- Super, a co dają ciekawego?
- Hm, może na ostatniego Woody Allena, “You will meet tall dark stranger”, o ile dobrze pamiętam. Seans na 21h.
Do kina dotarliśmy o 20.30 i jakież było nasze przeogromne rozczarowanie, kiedy się okazało, że bilety na Woody’iego były wysprzedane. Szybko przelecieliśmy program przy wejściu. Wybór padł na Last Night w reżyserii Massy Tadjedin (która napisała również scenariusz do filmu. Może ktoś przypomina sobie The Jacket z Adrienem Brody - była autorką scenariusza bazującego na historii Jacka Londona.).
Trailer widzieliśmy wcześniej, zamglone wrażenie Keihry Knightley, Guillaume’a Cannet, Evy Mendes i Sama Worthingtona w emocjonalnym czworokącie.
Chłop ma do przeszczupłej panny K szczególny sentyment (twierdzi, że to przez jej naturalny brak biustu, niech mu będzie), zatem mimo, że temat sam w sobie na sobotni wieczór mi się nie widział, przystałam na namowę Chłopa. Wylądowaliśmy, tym razem bez większych problemów przy zakupie biletów, w ulubionym pierwszym rzędzie i zapadliśmy w bardzo współczesną opowieść o zdradzie i wierności. Film niezły, aktorzy przekonujący, historia, choć niespecjalnie oryginalna, wciągnęła nas, a nawet nieco zaskoczyła. Nie mogę uprzedzić faktów, ale o ile ja wierzyłam, że filmowy Michael się powstrzyma, o tyle Chłop chciał się założyć, że to Joanna da się skusić. Żadno z nas zakładu by nie wygrało, natomiast jeszcze raz prorokiem, a może po prostu doskonałym obserwatorek, okazałby się wielki Witkacy. Tu chylę nisko czoła przed Mistrzem, który zgrabnie kiedyś określił (bodajże w Pożegnaniu Jesieni), że mężczyzna wkłada to w tamto, a kobieta wkłada w to uczucie. Tymże morałem film się kończy - smutna kobieta z papierosem na zimnym kuchennym parapecie, mężczyzna wracający skruszony w ramiona żony, i wyjściowe buty damskie, które nie powinny znajdować się tam, gdzie je znajdujemy.
Pytanie z jakim zostawia nas film jest: jak daleko zdrada może być zdradą, czy gorsze jest niemówienie całej prawdy i krzewienie w sobie pamięci o kimś, który już w naszym życiu nie może zaistnieć w ten sam sposób, czy może oddać się zżerającej nas pasji na jedną noc by zrozumieć, że było się w błędzie i że już nigdy nie będzie potrzeby uleganiu pokusie. Kto jest bardziej winny - syn, który obiecał iść na pole i nie poszedł, czy ten, który długo zrzędził i się opierał, by wreszcie zrobić robotę nadaną przez ojca (Mt 21, 28-32)? Czy zdrada kobiety może być porównana ze zdradą mężczyzny? Czym tak naprawdę jest wierność? Czy tylko wstrzemięźliwością cielesną czy może również szczerością myśli? Jak bardzo powinniśmy sobie wzajemnie dawać, wypowiadając sakramentalne tak?
W sumie sporo tych pytań, nawet się tego nie spodziewałam. Obraz nie był przecież szczególnie głęboki - ni mnie wzruszył, ni natchnął, po prostu zadziałał lekką refleksją. I może niech to wystarczy, by orzec, że historia się udała. A przy okazji - nam obojgu najbardziej podobała się chuda panna K - naprawdę niezła z niej actrice.
Last Night (2010) w reżyserii i scenariuszu Massy Tadjedin
Keira Knightley, Sam Worthington, Eva Mendes, Guillaume Canet
- Super, a co dają ciekawego?
- Hm, może na ostatniego Woody Allena, “You will meet tall dark stranger”, o ile dobrze pamiętam. Seans na 21h.
Do kina dotarliśmy o 20.30 i jakież było nasze przeogromne rozczarowanie, kiedy się okazało, że bilety na Woody’iego były wysprzedane. Szybko przelecieliśmy program przy wejściu. Wybór padł na Last Night w reżyserii Massy Tadjedin (która napisała również scenariusz do filmu. Może ktoś przypomina sobie The Jacket z Adrienem Brody - była autorką scenariusza bazującego na historii Jacka Londona.).
Trailer widzieliśmy wcześniej, zamglone wrażenie Keihry Knightley, Guillaume’a Cannet, Evy Mendes i Sama Worthingtona w emocjonalnym czworokącie.
Chłop ma do przeszczupłej panny K szczególny sentyment (twierdzi, że to przez jej naturalny brak biustu, niech mu będzie), zatem mimo, że temat sam w sobie na sobotni wieczór mi się nie widział, przystałam na namowę Chłopa. Wylądowaliśmy, tym razem bez większych problemów przy zakupie biletów, w ulubionym pierwszym rzędzie i zapadliśmy w bardzo współczesną opowieść o zdradzie i wierności. Film niezły, aktorzy przekonujący, historia, choć niespecjalnie oryginalna, wciągnęła nas, a nawet nieco zaskoczyła. Nie mogę uprzedzić faktów, ale o ile ja wierzyłam, że filmowy Michael się powstrzyma, o tyle Chłop chciał się założyć, że to Joanna da się skusić. Żadno z nas zakładu by nie wygrało, natomiast jeszcze raz prorokiem, a może po prostu doskonałym obserwatorek, okazałby się wielki Witkacy. Tu chylę nisko czoła przed Mistrzem, który zgrabnie kiedyś określił (bodajże w Pożegnaniu Jesieni), że mężczyzna wkłada to w tamto, a kobieta wkłada w to uczucie. Tymże morałem film się kończy - smutna kobieta z papierosem na zimnym kuchennym parapecie, mężczyzna wracający skruszony w ramiona żony, i wyjściowe buty damskie, które nie powinny znajdować się tam, gdzie je znajdujemy.
Pytanie z jakim zostawia nas film jest: jak daleko zdrada może być zdradą, czy gorsze jest niemówienie całej prawdy i krzewienie w sobie pamięci o kimś, który już w naszym życiu nie może zaistnieć w ten sam sposób, czy może oddać się zżerającej nas pasji na jedną noc by zrozumieć, że było się w błędzie i że już nigdy nie będzie potrzeby uleganiu pokusie. Kto jest bardziej winny - syn, który obiecał iść na pole i nie poszedł, czy ten, który długo zrzędził i się opierał, by wreszcie zrobić robotę nadaną przez ojca (Mt 21, 28-32)? Czy zdrada kobiety może być porównana ze zdradą mężczyzny? Czym tak naprawdę jest wierność? Czy tylko wstrzemięźliwością cielesną czy może również szczerością myśli? Jak bardzo powinniśmy sobie wzajemnie dawać, wypowiadając sakramentalne tak?
W sumie sporo tych pytań, nawet się tego nie spodziewałam. Obraz nie był przecież szczególnie głęboki - ni mnie wzruszył, ni natchnął, po prostu zadziałał lekką refleksją. I może niech to wystarczy, by orzec, że historia się udała. A przy okazji - nam obojgu najbardziej podobała się chuda panna K - naprawdę niezła z niej actrice.
Last Night (2010) w reżyserii i scenariuszu Massy Tadjedin
Keira Knightley, Sam Worthington, Eva Mendes, Guillaume Canet
Z cyklu:
zamknięty rozdział
wtorek, 4 stycznia 2011
Trochę nauki nie zaszkodzi
Za miesiąc ruszamy do naszej mistycznej krainy. Będzie to trzecie podejście do podróży,którą planujemy od trzech lat, a która wymknęła się nam już dwa razy sprzed plecaka. Są takie nieprzewidywalności w życiu. Ale nieważne. Natomiast istotnym będzie nieco przygotować się do wyjazdu. Przedsiębiorę zatem pierwsze kroki - kilka powtórek z hiszpańskiego. Na dziś kilka podstawowych zdań na rozciągnięcie zapomnianego języka:
Cześć! / !Hola!
Dzień dobry! / !Buenos Días!
Dobry wieczór! / !Buenas Tardes!
Witamy! / !Bienvenido!
Jak leci? / ?Cómo Estás?
Świetnie, dzięki! / Estoy Bíen !Gracias!
A u ciebie? / ?Y Tú?
Dobrze / Tak sobie. / Bíen/ Más o menos
Dziękuję (bardzo)! / !(Muchas) Gracias!
Nie ma za co! / !De Nada!
Dobrej nocy! / !Buenas noches!
Do zobaczenia! / !Hasta luego!
Do wodzenia! / !Adiós!
No to Hasta mzanana chicos , na razie to już padam na gębę i nabijam sobie isniaka pod prawym okiem. Chłopa posądzą o przemoc w rodzinie, albo mnie o przesolenie zupy.
Dzień dobry! / !Buenos Días!
Dobry wieczór! / !Buenas Tardes!
Witamy! / !Bienvenido!
Jak leci? / ?Cómo Estás?
Świetnie, dzięki! / Estoy Bíen !Gracias!
A u ciebie? / ?Y Tú?
Dobrze / Tak sobie. / Bíen/ Más o menos
Dziękuję (bardzo)! / !(Muchas) Gracias!
Nie ma za co! / !De Nada!
Dobrej nocy! / !Buenas noches!
Do zobaczenia! / !Hasta luego!
Do wodzenia! / !Adiós!
No to Hasta mzanana chicos , na razie to już padam na gębę i nabijam sobie isniaka pod prawym okiem. Chłopa posądzą o przemoc w rodzinie, albo mnie o przesolenie zupy.
Z cyklu:
zamknięty rozdział
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Pierwszy poniedziałek 2011
Nie wiem jak to jest u innych, ale ja nie cierpię powrotów do pracy po świętach
końca roku. Najpierw nie lubię całego rytuału życzeń przedświątecznych, ale mimo
wszystko jeszcze gorzej znoszę pierwsze dni w pracy po nowym roku. Wszyscy czuja
się zobowiązani do życzenia innym zdrowia, powodzenia i czego tam jeszcze. Ci
bardziej nadobowiązkowi robią nawet rundkę po biurach, by przy okazji
tradycyjnego Alles gute wypytać o okres świąteczny, o plany i rezolucje na
nadchodzące 12 miesięcy. Dzielą się swoimi obrazkami z Bożego N i wzdychają nad
trudną sytuacją pierwszego dnia po dłuższym urlopie. Włosy się jeżą pod pachami
– a ty bądź miły, słuchaj, odpowiadaj, skinaj miło głową i wyciskaj spomiędzy
zębów w miarę naturalnie i serdecznie noworoczna składankę.
Do tego wypada nasz pierwszy pracowniczy dzień w poniedziałek – kumulacje
szczęśliwych przypadków, a niech to! Ale mimo swej zrzędliwości i ogólnej
antypatii do gorączkowego manifestowania solidarności noworocznej, mam
nadzieję, że 2011 uda nam się wspólnie i każdemu z osobna.
Sobie zaś szczególnie na dzisiaj życzę szybkiego zebrania się w kupę i ruszenie
ociężałego tyłka sprzed kompa ku oczekującym mnie zadaniom!
Grüss!
końca roku. Najpierw nie lubię całego rytuału życzeń przedświątecznych, ale mimo
wszystko jeszcze gorzej znoszę pierwsze dni w pracy po nowym roku. Wszyscy czuja
się zobowiązani do życzenia innym zdrowia, powodzenia i czego tam jeszcze. Ci
bardziej nadobowiązkowi robią nawet rundkę po biurach, by przy okazji
tradycyjnego Alles gute wypytać o okres świąteczny, o plany i rezolucje na
nadchodzące 12 miesięcy. Dzielą się swoimi obrazkami z Bożego N i wzdychają nad
trudną sytuacją pierwszego dnia po dłuższym urlopie. Włosy się jeżą pod pachami
– a ty bądź miły, słuchaj, odpowiadaj, skinaj miło głową i wyciskaj spomiędzy
zębów w miarę naturalnie i serdecznie noworoczna składankę.
Do tego wypada nasz pierwszy pracowniczy dzień w poniedziałek – kumulacje
szczęśliwych przypadków, a niech to! Ale mimo swej zrzędliwości i ogólnej
antypatii do gorączkowego manifestowania solidarności noworocznej, mam
nadzieję, że 2011 uda nam się wspólnie i każdemu z osobna.
Sobie zaś szczególnie na dzisiaj życzę szybkiego zebrania się w kupę i ruszenie
ociężałego tyłka sprzed kompa ku oczekującym mnie zadaniom!
Grüss!
Z cyklu:
zamknięty rozdział
niedziela, 2 stycznia 2011
Droga według McCarthy'ego
Wczoraj poszliśmy na film, który chciałam zobaczyć już od dawna. Czekałam cierpliwie, aż obraz zawita do naszego kina - platoniczna miłość do Viggo Mortensena wymagała atmosfery sali kinowej, w której zajmę moje ulubione środkowe miejsce w pierwszym rzędzie, zdejmę buty, podciągnę kolana pod brodę i zapadnę w obraz wyświetlany tylko dla mnie, bez względu na frekwencję publiczności w głębi sali.Rzadko mi się zdarza chodzić do kina na filmy futurystyczne, jeszcze rzadziej mam ochotę sięgnąć po książki, które opisują przyszłość ludzkości, sprowadzoną do niewielkich enklaw tych, którzy przeżyli tragiczną katastrofę ekologiczną, i którzy starają się stworzyć świat od nowa. W tych historiach zawsze jest iskierka nadziei - jest człowiek, który z wybawiającym ziarnem czy szczepionką wędruje od jednego zagubionego miasta do drugiego; jest pierwsze dziecko, które rodzi się wreszcie pośród obumierającego pokolenia; jest nowa broń, która pozwoli zmiażdżyć siły robotów gotujących nam eksodus na gruzach naszej cywilizacji. Zawsze jest nadzieja. Tym właśnie różni się Droga McCarthy’ego od tych unikanych przeze mnie opowieści - tutaj nie ma nadziei, bo ludzkość jest skazana na zagładę, na samozagładę. Rządzi chęć jedzenie, bo to gwarantuje przeżycie o kilka dni, miesięcy dłużej, ale nie zmieni to już celu, do jakiego popchnął świat sejsmiczny dramat. Dlatego właśnie Kobieta odchodzi pewnej nocy w ciemność i już nie wróci. Wybiera śmierć przez samobójstwo, drogę na skróty, bo życie nie ma już sensu.
Właśnie ten brak nadziei bardzo mną poruszył - ktoś odważył się zawyrokować, że planteta ma umrzeć i to nie w pięć minut, jak w wielu innych pseudoproroczych historiach, w których komuś zawsze uda się kupić miejsce na współczesnych arkach Noego. W Drodze jest tylko szara agonia każdego, którego przywiązanie do marnej egzystencji jest silniejsze niż śmierć.
Podróż na południe jest marną próbą przekonania samego siebie, że coś światu jesteśmy jeszcze winni, póki wędrujemy z kimś, kogo kochamy i kogo chronimy, póki wierzymy w jakąś misję. Może po drugiej stronie oceanu, na plaży, też siedzi ojciec z synem i patrzy w dal bezkresnej wody, która od dawna straciła cały swój błękit. Życie jest podróżą, podróż jest przetrwaniem.
Czymś, co mnie jeszcze wzruszyło, jest rola samego Chłopca. Syn Mężczyzny urodził się już po kataklizmie, stąd wiemy, że świat pogrążony jest w tragedii od może sześciu, siedmiu lat, wnioskując z wieku dziecka. Chłopic jest zarówno bodźcem Mężczyzny do wędrówki, jak zarówno ostatnią maleńką łódką humanitaryzmu, znanego ojcu z dawnych czasów. To on dzieli ludzi na dobrych i złych, to on powtarza, że nigdy nie wolno stanąć po stronie niedobrych, to on przekonuje Mężczyznę, by przygarnąć starca do ogniska choćby na jedną noc, to on wybacza i zwraca ubrania Złodziejowi, to on przypomina ojcu, że są jeszcze rzeczy w sercu człowieka, o których nie powinniśmy zapomnieć. Bo zapomnieć będzie przejściem na stronę zła.
Film jest bardzo dobry, silny, wzrusza i nie pozostawia bez emocji. Jest przerażający, zimny i okrutny. Jest realną wizją czegoś, ku czemu ludzie sami dążą powoli i bezlitośnie, często nieświadomie i głupio. I kiedy wracają do mnie obrazy ludzkiej rzeźni i wychudzonych twarzy wędrowców, obumierających drzew i spękanej ziemi, w radiu przypominają mi, że nie trzeba ludzkiego bestialstwa szukać w fikcji. Słucham dokumentu o tragedii w Bhopalu (http://en.wikipedia.org/wiki/Bhopal_dis aster), największym przemysłowym dramacie, który doprowadził do śmierci tysiące niewinnych osób i wciąż skutkuje w chorobach pokolenia, które rodzi się na skażonej ziemi. A sprawiedliwości samej w sobie nigdy nie stało się zadość. Kolejny kataklizm na liście naszego gatunku, który smutnie świadczy o naszej przewrotnej okrutnej naturze. To ludzie ludziom zgotowali ten los.
Droga przypomina nam właśnie o naszej słabości - oby więcej tak przenikliwie ostrzegających nas obrazów.
The Road w reżyserii Johna Hillcoata, scenariusz Joe Penhalla na podstawie powieści Cormac'a McCarthy
Viggo Mortensen, Kodi Smit-McPhee, Robert Duval, Charlize Theron
Z cyklu:
zamknięty rozdział
sobota, 1 stycznia 2011
Szczęśliwego Nowego ....
cokolwiek miałoby się nie zdarzyć, niech zdarza się dobrze. Niech nam wszystkim lepiej będzie i niech kolejne dwanaście miesięcy unika jak może tego, co miało by później określone zostać jako niepowodzenie.
UMARŁ KRÓL, NIECH ŻYJE KRÓL!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
UMARŁ KRÓL, NIECH ŻYJE KRÓL!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Z cyklu:
zamknięty rozdział
poniedziałek, 20 grudnia 2010
ciężka mobilizacja
Oj tak -wszystkie siły idą w przedświąteczny gwizdek. Było wypiekanie pierniczków i innych kruchych kalorii, lukrowanie i dekoracje wedle indywidualnych inwencji. Było mycie okien w kilku warstwach polarów narciarskich i czapce. Było kilka serii zakupów - tych jedzeniowych, i tych prezentowych. Zostało popakowanie wszystkiego na wigilijną modłę.
Ale najbardziej to niecierpliwię się na przyjazd przedstawicieli klanu - Łatka Tatka i Siostry Buziola. A tu taka klapa z samolotami, tym bardziej, że mają chłopaki lecieć przez Frankfurt. Kicha.
Wskutek tychże licznych napięć nie daję rady przyssać się trochę do kompa i coś zapodać blogowego. Trudno, pozostaje liczyć, że wkrótce z przedświątecznego szału popadnę w miły bożonarodzeniowy letarg. Nie mogę się doczekać!
Ale najbardziej to niecierpliwię się na przyjazd przedstawicieli klanu - Łatka Tatka i Siostry Buziola. A tu taka klapa z samolotami, tym bardziej, że mają chłopaki lecieć przez Frankfurt. Kicha.
Wskutek tychże licznych napięć nie daję rady przyssać się trochę do kompa i coś zapodać blogowego. Trudno, pozostaje liczyć, że wkrótce z przedświątecznego szału popadnę w miły bożonarodzeniowy letarg. Nie mogę się doczekać!
Z cyklu:
zamknięty rozdział
poniedziałek, 29 listopada 2010
biały zapiątek
Zapiątek ma się ku końcowi - szkoda, bo tak miło było połazić po lesie w ocieplanych gumowcach i brodzić z zaspach po kolana narciarskich butów.
Nie ma tego złego - mrozik zmobilizował nas do napalenia w kominku. My, baby zgodnie usadowiłyśmy się na grubym chłopcu i oddałyśmy się przyjemnościom - małolaty chrapały na całego, a ja poszusowałam po interku.
Chłop, mój dzielny, zainstalował karmnik w sobotę. W kilka minut później opanował go gang sikorek. Szkoda tylko, że na razie są nieco płochliwe.
Póki co - fajnistego początku tygodnia i ... oby do łikendu!
Z cyklu:
zamknięty rozdział
czwartek, 25 listopada 2010
zima zima zima
Hej chlopaki. Z gory przepraszam, ale nadaje z pracy (oj, nieladnie) i nie mam polskich robaczkow. Na chwile nie jest to istotne, bo .... u nas snieg. Wczoraj z wieczora popadalo. Jeszcze okolo 20h bylo deszczowo, ale tradycyjny spacer z laskami okolo 22h odbyl sie juz w plenerze zimowym. Blondyna, skulona, probowala trikow marszu na trzech lapach. Czarny monster zas pozakreslal na trawniku kolka, elipsy i osemki w wariackim biegu radosci.
A ja wlasnie dojechalam na moim dzielnym rowerku (zwanym La Belga) do roboty - troche zmrozilo wczorajsza pierzynke, ale da sie przejechac bez spotkania trzeciego stopnia ze zmrozona powierzchnia asfaltu.
Teraz tylko dobrnac do popoludnia i wrocic do domciu, by rzucic sie w bialy szal zapiatku.
A ja wlasnie dojechalam na moim dzielnym rowerku (zwanym La Belga) do roboty - troche zmrozilo wczorajsza pierzynke, ale da sie przejechac bez spotkania trzeciego stopnia ze zmrozona powierzchnia asfaltu.
Teraz tylko dobrnac do popoludnia i wrocic do domciu, by rzucic sie w bialy szal zapiatku.
Z cyklu:
zamknięty rozdział
wtorek, 23 listopada 2010
zapiątek, zapiątek i po zapiątku
Jak zawsze łikend minął przerażająco szybko. Na szczęście obeszło się bez chorowania, pogoda też nie była najkapryśniejsza.
W sobotę zrobiliśmy naszą małą vendange tardive i pokradliśmy trochę winogron oddając się błogiej degustacji szczególnie słodkich owoców. Wiem, że bez mycia, ale takie cuda najbardziej smakują prosto z krzaka.
W niedzielę zaś pojechaliśmy do parku, gdzie zostaliśmy zaatakowani przez bandę krasnali, znanych z ich drewnianego poczucia humoru.
W sobotę zrobiliśmy naszą małą vendange tardive i pokradliśmy trochę winogron oddając się błogiej degustacji szczególnie słodkich owoców. Wiem, że bez mycia, ale takie cuda najbardziej smakują prosto z krzaka.
W niedzielę zaś pojechaliśmy do parku, gdzie zostaliśmy zaatakowani przez bandę krasnali, znanych z ich drewnianego poczucia humoru.
Z cyklu:
zamknięty rozdział
niedziela, 21 listopada 2010
Machete
Do zapamiętania: "Machete don't text. Machete improvises."
Świetne kino a la Tarentino, tym razem w wydaniu niepokonanego Rodrigueza. Było wszystko, czego uparcie perwersyjni wielbiciele szalonych scenariuszy szukają w dobrym filmie: gęściocha keczupu, turlające się głowy, miniówki strzelające trafnie z kałaszów, mściwa siostra zakonna, odjechane bryki, ruda Jessica Alba, jednooka rewolucjonistka, akrobacje na jelicie czy wreszcie komórka ukryta w waginie.
Panie i Panowie, to jest kino!
Świetne kino a la Tarentino, tym razem w wydaniu niepokonanego Rodrigueza. Było wszystko, czego uparcie perwersyjni wielbiciele szalonych scenariuszy szukają w dobrym filmie: gęściocha keczupu, turlające się głowy, miniówki strzelające trafnie z kałaszów, mściwa siostra zakonna, odjechane bryki, ruda Jessica Alba, jednooka rewolucjonistka, akrobacje na jelicie czy wreszcie komórka ukryta w waginie.
Panie i Panowie, to jest kino!
Z cyklu:
zamknięty rozdział
sobota, 20 listopada 2010
dzień do du..
Są takie dni, że nic specjalnie nie chce wyjść. Wszystko się wlecze, przecieka przez palce, staje sztorcem, jak właśnie dziś. W pracy przycinałam róże, (po naszemu = kompletne, totalne obijanie się) które wybujały dziko w przeciągu tego na maksa rozkalibrowanego tygodnia. Jak się zresztą okazało, Chłop też skutecznie uprawiał ogrodnictwo. Może to pogoda - pogoda wszak jest smutna i, jeśli do czegoś motywuje, to tylko do pozostania w łóżku. Jesienna statyka.
Ale żeby akurat w piątek? Bo piątek to początek zapiątku, to wcześniejszy powrót do domciu z roboty, to wreszcie wypad do stajni...
Uwielbiamy tą krótką godzinkę na końskim grzbiecie, pieszczenie końskiego włosia przed jazdą, zapach siodła, chłód wędzidła nim się ogrzeje w dłoni przed założeniem ogłowia, delikatne muskanie końskich warg po kieszeniach, z których wystają nieprzezorne marchewki. Uwielbiamy to i tyle. A że czasu mamy jak napłakał, pozostaje nam tylko piątkowy wieczór. Zatem jest celebracja całego końskiego wypadu przez całe piątkowe popołudnie. Ale jako, że dziś dzień się uparł nam uprzykrzyć, instruktor też nie był w humorze. Degrengolada jesienna udzieliła się wierzchowcom - nie wychodziło ani cofanie, ani zagalopowanie ze stępa na nic idealne przyłożenie łydki, stabilna ręka, rozluźnienie pleców. Jakaś kompletna katastrofa!
Żeby więc jakoś ulrzyć sobie, napisałam wierszysko na pochybel listopada. I nieważne, kochani, że ta moja kreacja nigdy obok poezji nie stała. Historia będzie o..."Żółtym gumowcu":
Ktoś zgubił go w transie jesiennej ulewy.
Liści zadymka - grzechot kości klonu, co już na zapiecku jest u Pana Boga.
Zaś kalosz grzęźnie samotnie i żółto i plamę daje w umarłym pejzażu.
Chmur szarość - nie przemodlą jej wrony wieczne zakonnice
Gdy dzioby nurkują w zgniłych jabłkach brewiarzy.
Zaś kalosz smutny w błocie aż po kostki ziębi Komuś stopę.
A gęsi… Gęsi polecieli Panie już do ciepłych krajów. Chłop wybiegł zza rogu
bo mokro bo zimno bo do krów i do świń, czas podzielić plony.
O, a co to za bucior taki jeden leży? Kto to widział buta ot tak sobie zgubić?
Gumowiec znika za szorstką pazuchą, chłop biegnie dalej, Pstryk, nie ma bucika!
Jesienna szaruga wciąż nie ustaje, i mnie nie lepiej. Choć nic już nie targa obrazem zza okna.
Był listopad, jest listopad. Tak zostanie do grudnia.
p.s. co do Batmana - ma się świetnie i oby tak dalej!
Ale żeby akurat w piątek? Bo piątek to początek zapiątku, to wcześniejszy powrót do domciu z roboty, to wreszcie wypad do stajni...
Uwielbiamy tą krótką godzinkę na końskim grzbiecie, pieszczenie końskiego włosia przed jazdą, zapach siodła, chłód wędzidła nim się ogrzeje w dłoni przed założeniem ogłowia, delikatne muskanie końskich warg po kieszeniach, z których wystają nieprzezorne marchewki. Uwielbiamy to i tyle. A że czasu mamy jak napłakał, pozostaje nam tylko piątkowy wieczór. Zatem jest celebracja całego końskiego wypadu przez całe piątkowe popołudnie. Ale jako, że dziś dzień się uparł nam uprzykrzyć, instruktor też nie był w humorze. Degrengolada jesienna udzieliła się wierzchowcom - nie wychodziło ani cofanie, ani zagalopowanie ze stępa na nic idealne przyłożenie łydki, stabilna ręka, rozluźnienie pleców. Jakaś kompletna katastrofa!
Żeby więc jakoś ulrzyć sobie, napisałam wierszysko na pochybel listopada. I nieważne, kochani, że ta moja kreacja nigdy obok poezji nie stała. Historia będzie o..."Żółtym gumowcu":
Ktoś zgubił go w transie jesiennej ulewy.
Liści zadymka - grzechot kości klonu, co już na zapiecku jest u Pana Boga.
Zaś kalosz grzęźnie samotnie i żółto i plamę daje w umarłym pejzażu.
Chmur szarość - nie przemodlą jej wrony wieczne zakonnice
Gdy dzioby nurkują w zgniłych jabłkach brewiarzy.
Zaś kalosz smutny w błocie aż po kostki ziębi Komuś stopę.
A gęsi… Gęsi polecieli Panie już do ciepłych krajów. Chłop wybiegł zza rogu
bo mokro bo zimno bo do krów i do świń, czas podzielić plony.
O, a co to za bucior taki jeden leży? Kto to widział buta ot tak sobie zgubić?
Gumowiec znika za szorstką pazuchą, chłop biegnie dalej, Pstryk, nie ma bucika!
Jesienna szaruga wciąż nie ustaje, i mnie nie lepiej. Choć nic już nie targa obrazem zza okna.
Był listopad, jest listopad. Tak zostanie do grudnia.
p.s. co do Batmana - ma się świetnie i oby tak dalej!
Z cyklu:
zamknięty rozdział
czwartek, 18 listopada 2010
dzień trzeci
Dobra, wiem, że nie jest to wiadomość dnia, ale nam trochę ulżyło, i Batmanowi niewątpliwie też. Otóż, biegunka się zbiegła i wrócił nieco apetyt. Wciąż daleko nam do życia metodą czarnego niedoścignionego i wszędobylskiego elektronu, ale chyba jesteśmy na najlepszej możliwej drodze. Nie mówię hop! na wszelki wypadek.
W każdym razie, jak wpadłam do domu na luncha, nikt na mnie jeszcze nie czekał pod drzwiami. Że Blondyna była niewidoczna - to nie dziw, to jej najpierw trzeba się pokłonić (tak sobie Manipulantka nas wychowała i hej). Za to brak Batmana przypomniał mi, że Potwór wciąż nie jest w formie. Zajrzałam do dziewczyn, ale obecny był tylko wywalony do karesów brzuch Blondasa, Batmana brak. Kilka rzutów okiem na prawo i lewo - widzę, że drzwi do garderoby podejrzanie są niedomknięte. Zaglądam a tam kuku (sorry kalafiory za jakość, ale tylko komórę miałam pod rękiem):
Jakoś udało mi się wyciągnąć obie postaci na spacer, ale że pogoda nas nie rozpieszcza, wszystko odbyło się w tempie ekspresowym. Nawet nie zauważyłam, kiedy lachony zrobiły w tył zwrot i cwałem do domu.
A teraz już jest wieczór, spokojnie, potwory chrapią niewinnie, Chłop się martwi, że Portugom się dostaną wciry od Espagnolów ("Nie martw się, Chłop, to tylko match amical." "Dobra, dobra - widziałaś kiedyś przyjacielską piłkę nożną między Niemcami i Polakami?", OK, je ferme ma gueule...), a ja stukam szybciorem. Jutro czwartek - mój fejworit dej.
No, to ściskam Was kochani, aoooouuuu, lulu i spać.
W każdym razie, jak wpadłam do domu na luncha, nikt na mnie jeszcze nie czekał pod drzwiami. Że Blondyna była niewidoczna - to nie dziw, to jej najpierw trzeba się pokłonić (tak sobie Manipulantka nas wychowała i hej). Za to brak Batmana przypomniał mi, że Potwór wciąż nie jest w formie. Zajrzałam do dziewczyn, ale obecny był tylko wywalony do karesów brzuch Blondasa, Batmana brak. Kilka rzutów okiem na prawo i lewo - widzę, że drzwi do garderoby podejrzanie są niedomknięte. Zaglądam a tam kuku (sorry kalafiory za jakość, ale tylko komórę miałam pod rękiem):
Jakoś udało mi się wyciągnąć obie postaci na spacer, ale że pogoda nas nie rozpieszcza, wszystko odbyło się w tempie ekspresowym. Nawet nie zauważyłam, kiedy lachony zrobiły w tył zwrot i cwałem do domu.
A teraz już jest wieczór, spokojnie, potwory chrapią niewinnie, Chłop się martwi, że Portugom się dostaną wciry od Espagnolów ("Nie martw się, Chłop, to tylko match amical." "Dobra, dobra - widziałaś kiedyś przyjacielską piłkę nożną między Niemcami i Polakami?", OK, je ferme ma gueule...), a ja stukam szybciorem. Jutro czwartek - mój fejworit dej.
No, to ściskam Was kochani, aoooouuuu, lulu i spać.
Z cyklu:
zamknięty rozdział
środa, 17 listopada 2010
zmiana Szamana
No to mnie dziś nasz (eks)ulubiony Szaman wkur*ił. Miałam zadzwonić z rana i poinformować o stanie Batmana. Zatem dryn dryn, bo Batman wciąż daleka jest od formy. Przy słuchawce głos pani z rejestracji, że pan doktor tam i siam i w sumie to go nie ma i dziś nie będzie, ale w czwartek to na pewno nas przyjmie. Zagotowały mi się w momencie flaki, więc pokazałam do słuchawki piękne fakju. Potem rzuciłam się na guglownicę i wycisnęłam nowy adres ratunkowy - dwie minuty i miałam umówioną wizytę u innego Szamana. Udaliśmy się w czwórkę tym razem - Batman jako gwóźdź programu, ja jako płaczka, Chłop był za płaciciela, a Blondyna do dekoracji. Pierwszą akcją Rzeźniczki- Ratowniczki (bo Szaman okazał się Szamanką) było wyściskanie brzucha Batmana (co nie zostało przyjęte żadnym, ale to żadnym aplauzem) i decyzja o zdjątku metodą Xów. Fotka wyszła cudna (szkoda, że na skutek barbarzyńskich darć mordy przez Batmana zapomniałam go zabrać na pamiątkę) i nie wykazała jakichkolwiek obcości we wnętrznościach Potwora. Zadecydowano o dowitaminizowaniu, dietce na bazie ryżu rozgotowanego na maksa i kilku zastrzykach. Przy okazji wstrzyknięć Batman zawsze odstawia małe cyry, ale tym razem akcja przekonania całej kliniki, że ktoś właśnie rozbiera ze skóry niewinne czarne psię, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wychodziliśmy z gabinetu w czarnych okularach i kominiarkach - w razie spotkania jakiegoś znajomego. Po dwóch godzinach byliśmy spowrotem.
I znów pozostaje czekać do jutra.
mają nas głęboko w poważaniu...
I znów pozostaje czekać do jutra.
mają nas głęboko w poważaniu...
Z cyklu:
zamknięty rozdział
wtorek, 16 listopada 2010
poniedziałek pod psem...
czyli choroba Batmana.
Budzę się w nocy - rzut oka na zegarek i wielkie odczucie ulgi, że dopiero 2h30. Do poniedziałkowej rzeczywistości jeszcze zostało kilka godzin snu. Korzystam z okazji i lecę sobie siknąć. Po drodze spotykam Batmana. Batman, dlaczego nie śpisz? Przyglądam się lepiej - oj, nie jest dobrze: stan owłosienia na brodzie świadczy o zwróconej gdzieś tam w czeluściach mieszkania zawartości żołądka. Batman przedstawia obraz siedmiu plag egipskich skumulowanych w jednym małym ciałku. Myję brodę batmańską i uzbrojona w rolkę papieru toaletowego szukam marnych resztek wczorajszej kolacji potwora. Sprawdzam w międzyczasie czy u Blondynki w porządku. Ta udaje, że śpi i łypie na mnie spode łba. Wchodzę do dużego pokoju - maskara, jakby Smok Wawelski obżarł się zielonych śliwek i popił wszystko mlekiem. Pokój nieźle zarzygany, do tego wcale niedyskretnie śmierdzi mi coś zza kanapy. Zaglądam i konstatuję, że jak nie wyjdzie przez drzwi, to wyjdzie przez okno. Biedny Batman! Sprzątam, po chwili dołącza się Chłop. "Co jest?" "Źle z Pretusem" (vel Batmanem, bo Batman wiele ma imion).
Następna scena - Chłop z ipodem, ja z laptopiem i sprawdzamy każdy w swoim języku: chory pies wymioty biegunka. Gugle radzą udać się czem prędzej do weta. Decydujemy się poczekać do rańca, by udać się do naszego Szamana - Rzeźnika Słoni, a do tego czasu Batman i Blondyna mają pozwoleństwo na schowanie się w pieleszach naszego łóżka.
Batman całą noc kręci się po nieogarniętej powierzchni naszego tatami - źle jest, myślę. Nie śpi Batman, nie śpi Chłop, ja śpię jeszcze mniej - Blondyna dorzyna w nogach.
O 8h30 meldujemy się u Szaman, który daje na siebie czekać pół godziny, wreszcie zjawia się i ja znów nie mogę się nadziwić, jak taki jednoręki pogromca mamutów mógł zrobić specjalizację z yorków.
Szaman Batmana maca, ściska, osłuchuje, przewraca na lewą stronę i rzecze: "Albo brzuch, albo nie brzuch. Trzeba odczekać, i na razie do picia herbata rumiankowa, do jedzenia kleik ryżowy. Bardzo będzie źle - przyjeżdżać, będzie lepiej czekamy do jutra, a jak się specjalnie nie poprawi - prześwietlimy gremlina". Zapodał dwa zastrzyki przeciwbólowe, przy których aplikacji w Batmanie odezwał się instynkt przodków, skutecznie wypłaszając kolejnych pacjentów z poczekalni.
Reszta dnia skomponowała się z krótkich spacerów na pipi et caca, kilku miłych porcji ryżu omaszczonych dorodnymi kończynami biednego kurczęcia, licznych masażach i karesach oraz drzemkach pod ekstra przyjemnym polarem Chłopa.
Doniesienia z ostatnich chwil: z Batmanem jest jakby lepiej - czekamy do jutra z decyzją o rentgenie. Wiadomo, lepiej by było nie prześwietlać, ale jak trzeba to trzeba -wszyscy spojrzymy na Batmana z innej strony. Ale przede wszystkim cała ekipa liczy na spokojną przespaną noc. Kurde, do piątku jeszcze przeca daleko, oj daleko!
Acha, dla tych, którzy mają problemy z wizualizacją Batmana i Blondyny, poniższa fotka. No, to która jest która (bo Batman też jest laską!)
Budzę się w nocy - rzut oka na zegarek i wielkie odczucie ulgi, że dopiero 2h30. Do poniedziałkowej rzeczywistości jeszcze zostało kilka godzin snu. Korzystam z okazji i lecę sobie siknąć. Po drodze spotykam Batmana. Batman, dlaczego nie śpisz? Przyglądam się lepiej - oj, nie jest dobrze: stan owłosienia na brodzie świadczy o zwróconej gdzieś tam w czeluściach mieszkania zawartości żołądka. Batman przedstawia obraz siedmiu plag egipskich skumulowanych w jednym małym ciałku. Myję brodę batmańską i uzbrojona w rolkę papieru toaletowego szukam marnych resztek wczorajszej kolacji potwora. Sprawdzam w międzyczasie czy u Blondynki w porządku. Ta udaje, że śpi i łypie na mnie spode łba. Wchodzę do dużego pokoju - maskara, jakby Smok Wawelski obżarł się zielonych śliwek i popił wszystko mlekiem. Pokój nieźle zarzygany, do tego wcale niedyskretnie śmierdzi mi coś zza kanapy. Zaglądam i konstatuję, że jak nie wyjdzie przez drzwi, to wyjdzie przez okno. Biedny Batman! Sprzątam, po chwili dołącza się Chłop. "Co jest?" "Źle z Pretusem" (vel Batmanem, bo Batman wiele ma imion).
Następna scena - Chłop z ipodem, ja z laptopiem i sprawdzamy każdy w swoim języku: chory pies wymioty biegunka. Gugle radzą udać się czem prędzej do weta. Decydujemy się poczekać do rańca, by udać się do naszego Szamana - Rzeźnika Słoni, a do tego czasu Batman i Blondyna mają pozwoleństwo na schowanie się w pieleszach naszego łóżka.
Batman całą noc kręci się po nieogarniętej powierzchni naszego tatami - źle jest, myślę. Nie śpi Batman, nie śpi Chłop, ja śpię jeszcze mniej - Blondyna dorzyna w nogach.
O 8h30 meldujemy się u Szaman, który daje na siebie czekać pół godziny, wreszcie zjawia się i ja znów nie mogę się nadziwić, jak taki jednoręki pogromca mamutów mógł zrobić specjalizację z yorków.
Szaman Batmana maca, ściska, osłuchuje, przewraca na lewą stronę i rzecze: "Albo brzuch, albo nie brzuch. Trzeba odczekać, i na razie do picia herbata rumiankowa, do jedzenia kleik ryżowy. Bardzo będzie źle - przyjeżdżać, będzie lepiej czekamy do jutra, a jak się specjalnie nie poprawi - prześwietlimy gremlina". Zapodał dwa zastrzyki przeciwbólowe, przy których aplikacji w Batmanie odezwał się instynkt przodków, skutecznie wypłaszając kolejnych pacjentów z poczekalni.
Reszta dnia skomponowała się z krótkich spacerów na pipi et caca, kilku miłych porcji ryżu omaszczonych dorodnymi kończynami biednego kurczęcia, licznych masażach i karesach oraz drzemkach pod ekstra przyjemnym polarem Chłopa.
Doniesienia z ostatnich chwil: z Batmanem jest jakby lepiej - czekamy do jutra z decyzją o rentgenie. Wiadomo, lepiej by było nie prześwietlać, ale jak trzeba to trzeba -wszyscy spojrzymy na Batmana z innej strony. Ale przede wszystkim cała ekipa liczy na spokojną przespaną noc. Kurde, do piątku jeszcze przeca daleko, oj daleko!
Acha, dla tych, którzy mają problemy z wizualizacją Batmana i Blondyny, poniższa fotka. No, to która jest która (bo Batman też jest laską!)
Z cyklu:
zamknięty rozdział
sobota, 13 listopada 2010
12 listopada 2010, do Mamy: post scriptum I
Droga Mamo,
wiem, że nie masz już ochoty gadać z kimkolwiek przez telefon i chyba cię rozumiem. Tęsknię za naszym skypowaniem, choć jednocześnie wierzę święcie, że taka Wyjadaczka Komputerowa jak Ty, trafi na tego bloga - może nawet rzucisz mi kiedyś jakowymś komentsem. Czekam niecierpliwie! Póki co pozostaje mi wyciągać różne informacje od Łatka, choć czuję, że wolałby by go nie pytać o Ciebie, bo znowu by musiał kłamać (Jak to do mnie to powiedz, że śpię, że się z tobą rozwiodłam i już tu nie mieszkam albo, że nie żyję!).
Ściskam Cię mocno i już!
uma s.
Z cyklu:
zamknięty rozdział
nie dla estetów
Od dziś rana jestem wątpliwą posiadaczką wybałuszonej gały, która wygląda jak zemsta jakiejś wściekłej socjopatycznej kury, która złożyła mi pod powieką dwużółtkowe jajo. Taka naoczna zmiana w mojej facjacie nie uchodzi oczywiście uwadze innych, w szczególności kolegów w pracy. Nagle wszyscy są mili i zatroskani do posrania stanem mojego zdrowia, co wkur... mnie nieziemsko.
- Oj Uma, co ci się stało w oko, biedactwo? - i tu zaczyna się najgorsze, bo każdy ma jakąś hipotezę i jednocześnie idealne remedium.
- Pewnie ugryzł cię jakiś owad... - niewątpliwie, mieszkam w dalekim kraju, gdzie listopadową porą wszystko co bzyka, buczy i posiada złośliwe aparaty gębowe jest albo świetnie martwe albo równie świetnie zahibernowane w szparach pod parapetem.
- Czy ty czasem nie masz jakiejś alergii? Bo to wygląda jak książkowy przykład alergii na x lub y, czy nawet z! - spierdaty, jedyną alergię jaką mam to na motywację do pracy w piątki i absolutnie nie objawia mi się ona jako spuchnięte oko.
- Na pewno coś ci wpadło, albo sobie coś wtarłaś... - itd.
Ale ja lubię sensację, więc każdemu spotkanemu zatroskanemu wciskałam tą samą historię, wydobywając przy okazji na wierzch wszelkie moje aktorskie talenty.
- Oj Uma, co ci się stało w oko, biedactwo? - i tu zaczyna się najgorsze, bo każdy ma jakąś hipotezę i jednocześnie idealne remedium.
- Pewnie ugryzł cię jakiś owad... - niewątpliwie, mieszkam w dalekim kraju, gdzie listopadową porą wszystko co bzyka, buczy i posiada złośliwe aparaty gębowe jest albo świetnie martwe albo równie świetnie zahibernowane w szparach pod parapetem.
- Czy ty czasem nie masz jakiejś alergii? Bo to wygląda jak książkowy przykład alergii na x lub y, czy nawet z! - spierdaty, jedyną alergię jaką mam to na motywację do pracy w piątki i absolutnie nie objawia mi się ona jako spuchnięte oko.
- Na pewno coś ci wpadło, albo sobie coś wtarłaś... - itd.
Ale ja lubię sensację, więc każdemu spotkanemu zatroskanemu wciskałam tą samą historię, wydobywając przy okazji na wierzch wszelkie moje aktorskie talenty.
moja wersja
- No wiesz. Wczoraj mój Chłop tak mnie wkurzył, że nie zdzierżyłam: złapałam za patelnię z buzującą jajecznicą i przywaliłam mu z całej siły w machę. Niestety, Chłop - w ramach obrony własnej - rzucił we mnie żelazkiem, którym właśnie manewrował przy Chłopskich koszulach. No i tak wyszło, że rzuciło mi się na oko. I voila - efekt. A co, bo wam to niby się nigdy nie zdarza wpieprzyć jeden drugiemu?
- No wiesz. Wczoraj mój Chłop tak mnie wkurzył, że nie zdzierżyłam: złapałam za patelnię z buzującą jajecznicą i przywaliłam mu z całej siły w machę. Niestety, Chłop - w ramach obrony własnej - rzucił we mnie żelazkiem, którym właśnie manewrował przy Chłopskich koszulach. No i tak wyszło, że rzuciło mi się na oko. I voila - efekt. A co, bo wam to niby się nigdy nie zdarza wpieprzyć jeden drugiemu?
I tu cisza. Widać po twarzach, że trawią moją opowieść. Część,słuchaczy wydawała się deliberować nad moim nieokrzesanym charakterem i biednym losem mężowskim mego Chłopa krzywiąc się współczująco. Ale większość, bez dwóch zdań, głowiła się jakim to cudem znalazłam sobie faceta, który sam prasuje sobie koszule.
Jakby miało nie być oko wciąż jest spuchnięte, swędzi mnie, szczególnie po drugiej, mało dostępnej stronie księżyca i chyba zostaje mi jeszcze kilka dobrych dni w doskonaleniu mojej przekonującej story o przemocy rodzinnej.
Z cyklu:
zamknięty rozdział
czwartek, 11 listopada 2010
10 listopada 2010 czyli początek
Wczoraj urodziłam bloga. Po licznych poronionych wcześniej próbach, licznych konsultacjach u internetowych specjalistów od koncepcji, noszeniu się z zamiarami przeróżnej natury, kilkumiesięcznymi przygotowaniami do przyszłej misji, itp. itp., wydałam na świat bloga i niech sobie chłopak radośnie żyje!!!
Acha, zapomniałabym jeszcze dorzucić - misja tego świeżo upieczonego kurczaka nie jest do końca zdefiniowana - powiedzmy, projekt otwarty. Za wiele jest w uchachanej depresze przyczyn by się na publicznym forum rozbierać aż po kosmki jelitowe, za dużo jest ochot i chęci w ogóle. Dziś niech macha sobie gołymi pułdupkami nie wiedząc, że pruderia nakazuje nie sikać w obecności innych. A to co będzie miała do wyeksponowania, to już jej niech tylko na dobre wyjdzie.
Póki co ja idę zamknąc drzwi z drugiej strony.
Powodzenia Deprecho, ściskam.
Siewczyni
Acha, zapomniałabym jeszcze dorzucić - misja tego świeżo upieczonego kurczaka nie jest do końca zdefiniowana - powiedzmy, projekt otwarty. Za wiele jest w uchachanej depresze przyczyn by się na publicznym forum rozbierać aż po kosmki jelitowe, za dużo jest ochot i chęci w ogóle. Dziś niech macha sobie gołymi pułdupkami nie wiedząc, że pruderia nakazuje nie sikać w obecności innych. A to co będzie miała do wyeksponowania, to już jej niech tylko na dobre wyjdzie.
Póki co ja idę zamknąc drzwi z drugiej strony.
Powodzenia Deprecho, ściskam.
Siewczyni
Z cyklu:
zamknięty rozdział
Subskrybuj:
Posty (Atom)




