Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualnie w 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktualnie w 2012. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lutego 2012

czwartek

Trudno, że tłustawy. Odrobi się!!!!Bużka kochane Ponczki!

środa, 15 lutego 2012

wszystkiego naj!

Wszystkim zakochanym życzę na okazję dnia po okazji: dużo czułości, niewezbranych zastępów cierpliwości i monopolu na krótką pamięć!

I wtłoczcie to sobie do główek - kochać trza cały rok! Tylko wtedy magia walentynkowego święta będzie siać swe czary!


Bądźcie kochani zakochani!

poniedziałek, 6 lutego 2012

po niedzieli tradycyjnie ... poniedziałek


Fajnisty był zapiątek, fajnisty. I oczywiście szybko się skończył, chlip chlip. Do tego postanowiliśmy zerwać z obyczajem stronienia od foteli, telewizorów, komputerów, cichości kawiarenek. Jak zalegliśmy na kanapie w piątek z wieczora (przy naleśniorach nafaszerowanych białym słodkim serem albo konfiturą z pigwy made in home albo z jogurtem truskawkowym (takie moja naleśnikowa dewiacja)), tak dotrwaliśmy do późnej niedzielnej nocy. Pod rząd trzymaliśmy kciuki za Lisbeth Salander (trylogia w wersji szwedzkiej), kuliliśmy się pod kocem przy perypetiach dzielnych robinsonów na wyspie zwanej Ameryka i opanowanej przez otępiały i sflegmatycznoe umarłe ciałka, wciąż jednak nie do zdarcia (pierwsza seria Walking Dead - nie mogę pojąć jak też takie naiwne cudo mogło mnie przykleić do ściany zalanej obrazem z wyświetlacza, ale stało się) i psychodelizowaliśmy przy wtórze nowych patentów przystojnego (aż po cebulki swych włosów) Vince'a Noir i hyper-inteligentnego (obytego, ubóstwianego i wciąż niezrealizowanego) Hovarda Moon (duet The Mighty Boosh w kolejnych odlecianych odsłonach). Bestie tylko ryły tunele w kocach i niczym ziemskie jądro grzały mi kolana i stopy).
Zimnica była prawie syberyjska ; każde wyjście za naturalną potrzebą była wyprawą na zamarznięta od licznych geologicznych epok Antarktydę - raz dwa trzy robiło się co trzeba, w tył zwrot i w tri miga kierunek na chatę i te koce na kanapie oferujące swą anty-lutową izolację.

Udało się nam jedynie szybkim okiem aparatu uwiecznić kilka chwil ze śnieżnych szaleństw Batmana.










Blondynka wolała przestępować z łapy na łapę,
szczerzyć kły na wyuzdane galopy Batmana i popłakiwać niedwuznacznie w naszą stronę - arsenał pełnej manipulacji, której dziewczyna jest mistrzem Universum.



A dziś już poniedziałek chyli ku łóżku, szast prast i m,nie też nie będzie, też sobie jakiś tunelik przytulny w kołderce wydrążę i tak zastanie mnie śliczny Morfeusz i ulula, by ... z rańca przykleić mi do ucha drący się histerycznie budzik. Co za świat...


Pozdrawiam Was gorąco, kochani Nie-cierpiący-poniedziałków!

czwartek, 2 lutego 2012

pani Szymborska...

... nie, nie odeszła, jak się wszystkim wydaje. Ona po prostu zotała na zawsze...

Nagrobek

Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę

Wisława Szymborska (2.07.1923 - 1.02.2012)

sobota, 28 stycznia 2012

Chuck "N"ielaleczka


Wszyscy wiemy, że z Chuckiem nie ma żartów. Po tym jak pan N policzył do nieskończoności - dwa razy, zneutralizował tablicę Mendelejwa, ponieważ osobiście zna tylko element niespodzianki, trzasnął drzwiami obrotowymi, zmoczył wodę i dostał prawdziwego kurczaka w chińskiej restauracji, nikt nie przejdzie obojętnie obok legendarnej postaci strażnika Teksasu (oczywiście, trzeba na film spojrzeć szerzej - Teksas to metaforyczne przedstawienie wszechświata, stworzonego przez Boga w sześć dni, bo Chuckowi się spieszyło do kolejnej akcji).

Wielki Chuck! Pamiętajcie tylko, by przypadkiem nie wejść w zasięg jego półobrotu (o którym pięknie pisał już Kopernik, jak podają liczne źródła internetowe...)
Kolorowych snów o Chucku Norrisie (który wynalazł wszystkie barwy oprócz ...różowej. Ta podobno jest dziełem Toma Cruse'a) harcerze!

czwartek, 26 stycznia 2012

bikini i narty

Koleżanka w pracy :
- Słuchaj ! Moja młodsza (13-latka bodajże) jedzie na tydzień narty z klasą. Przyglądałam się, jak pakuje samodzielnie swój plecak. Wszystko O.K. Aż do momentu jak młoda wyciąga bikini i też ładuje w plecak. Pytam zupełnie zaskoczona : A po co ci strój kapielowy na narty ? A ona na to – no jak to? Pod prysznic, wszystkie dziewczyny ubierają bikini pod prysznic.
Koleżankę najwidoczniej trafiło i nie puściło, bo cała zaaferowana ciągnie:
- Dajesz radę uwierzyć ? W dobie, kiedy pornole oglądają się do śniadania, błony dziewicze tracą w przedszkolu, a kamasutrę znają lepiej niż tabliczkę mnożenia, dziewczynki pruderyjnie pod natryski ubierają bikini !

Hmmm cóż, specjalnie trudno mi z problemem polemizować – nie specjalnie jestem w kontakcie z nastoletnią generacją. Ale taki pomysł mi się nasunął : jeśli wy, rodzice nastoletnich dzieciaków, chcecie podglądnąć ich życie seksualne, przyjrzyjcie się dokładnie ich aparatom na zębach, czy aby tak się nie plącze jakiś młody włos łonowy. Oczywiście, nie dotyczy to niestety rodziców o dzieciach z uzębieniem idealnym, wy musicie poradzić sobie jakoś inaczej.

A póki co dużo dziecięcej beztroski Wam życzę, kochani rodzice!

środa, 18 stycznia 2012

Refleksja nad planem piątkowym

Zdjęcia posegregowane, pikassy wysłane do wszystkich zainteresowanych, otrzymane pikassy pooglądane i skomentowane. Zostaje mi tylko przysiąść nieco fałdów i zebrać wypad do Jury w konkretny fotoreportaż.

Ale to dopiero mi się uda w piątek, i to po wielkim zmywaniu podłóg i okien: panny domagają się szmaty już od początku roku (strasznie burdelowo to brzmi, ale taka prawda). Nie ma to jak nawał obowiązków prowokujący nowe zadania. Wnerwia mnie niepowściągliwie (czyli wkurwia) constant między sprawami załatwionymi i tymi czekającymi na swoją kolej: sznuruje jedną rzecz, coś nowego się rozsupłuje za drzwiami i już wali we wrota. I tak w dzikim szale robót różnych istotne staje się zatrzymanie od czasu do czasu nad swojsko zwanymi duperelami – tu wpis do bloga, tam golenie nóg, beztroski wypad do kina czy powolne rozkładanie się na elementy pierwsze przy zaległej lekturze.

Szkoda, że tak trudno mi się pozbyć histerycznych wyrzutów sumienia – jak coś w kącie się tarza, to to trzeba raz dwa do zasranego szeregu postawić i marsz ! Że jak niepozmywane, to się gorzej trawi i beka się bez ustanku; że jak niewyprane, to sobie w trzy diabły pójdzie; że jak niepoprasowane, to się będzie chodziło na modłę paragrafów, i etc. Paranoja – chciałabym móc nie móc.

Ale póki co – w piątek wszystko trza na głowie postawić i porządki odwalić, by mieć później czas na dokładniejsze pooglądanie zdjęć i wystukanie dla potrzeb pamięci (mojej oczywiście) kilka zdań, które choć cząsteczkowo zamkną w sobie cudne widoki gór i dzikie galopy w śniegu francuskiej Jury.


Ściskam Was serdecznie, drodzy współmaniacy !

wtorek, 17 stycznia 2012

Ciężki początek tygodnia

Wykend był tak bardzo odjazdowy, że padam dziś trupem. Więcej relacji jak zbiorę do kupy siebie i zdjęcia, w tejże chronologii.
Póki co, jak mówią Francuzi: dodo, czyli kochane moje łóżeczko:
aaaaa, kotki dwa, szaro-bure, szaro bure obydwa ....

piątek, 13 stycznia 2012

Czar wspomnień

Środa wieczorem. Włażę na orbitreka z sumiennym postanowieniem wytrwania tragicznych w swym przebiegu, nie mówiąc o skutkach, 40minut w tempie kardio. Jak na złość moja ulubiona maszyna jest okupowana przez jakąś wątłą blondynę w różowym wdzianku, typową przedstawicielkę gatunku Gwyneth Pertow (słomiany blond, blada cera, cienka talia i niestrudzony uśmiech, który pozwala uszom widzieć się nawzajem). Kiepski początek.
Wyszukuję program z fat burning, ale kolega nie zaskakuje – pewnie na mój widok pękła mu od świetnego dowcipu odpowiednia żyłka. Wcięta kolejnym podstępem losu, wybieram zwykłe kardio, poziom 2 (jak na dwójkę całkiem ciężko idzie – próbuję 3 – to samo, wciskam 1 – jak trójka ! w skutek trudnego wyboru zostaje przy pierwszym strzale).
Już jestem w ruchu – mijają pierwsze sekundy, ale że nudno, podłączam się od telewizora. Skanuję kanały – jedna wielka goła dupa, nie ma na czym oka zawiesić, jedynie jakieś wiadomości to tu to tam, ale i one zaraz się kończą. Skanuję jeszcze raz, tak na wszelki wypadek, gdy trafiam na podsumowanie 31-ych mistrzostw świata w gimnastyce rytmicznej Montpellier 2012 ! Giętkie i zwinne leopardzice, wszystkie bez wyjątku o azjatyckich rysach twarzy (na skutek skóry twarzy ściągniętej w koczek, w efekcie chiński ukos spojrzenia) żonglujące piłkami, hula-hopami czy palkami bądź wirujące w spiralach wstążek. Fantastyczna synchronizacja pięciu kocic w układach grupowych, albo akrobacje pojedynczych wybranek w konkursie indywidualnym, z nie do przebicia Rosjankami. Orbitrek się rozpala do czerwoności, poty się leją i podpływają pod rowerki sąsiadów, a ja z czerwoną gębą rozdziawioną nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo elastyczne i mogą być ludzkie mięśnie i ścięgna, z jakąż gracją może się ciało człowiecze wić !
I jednocześnie, w miarę postępów reportażu, ogarnia mnie to wspomnienie z lat pewnie osiemdziesiątych, gdy w telewizji wiele nie było, ale akurat gimnastyki artystycznej nie brakowało. Szczuplutkie dziewczyny bloku radzieckiego i te ich zwiewne ruchy.
Ja, mały człowiek, który nic sobie nie robił z politycznych kurtyn, patrzyłam zahipnotyzowana spiralami kolorowych wstąg. I gdy napięcie zawodów osiągało siłę bomby atomowej, nic nie potrafiło mnie powstrzymać by z najgłębszej szafki mojej mamy wyciągać nigdy niewystarczająco długie wstążki uchowane na potencjalne okazje urodzin i Bożego Narodzenia, albo szaliki, które znów nie chciały być dostatecznie lekkie. I przywiązywałam odpowiednie znalezisko do pałki na kartofle, by rzucić się w pląs a la pani z telewizora. Jeden wielki szkopuł – miejsca było niewiele między jedną ścianą zastawioną polistyrenowymi meblami, rogówką obitą w szorstką zieleń tapicerki czy niskim stołem otoczonym dwoma wielgachnymi fotelami. Szalik tańcował w perwersyjnych konwulsjach, by wreszcie zdradziecko zahaczyć o kryształ czy filiżankę zdobiących połyskowe meble. Wtedy mama, ostrzeżona dziwnym hałasem, wchodziła do pokoju, gdzie oczom jej musiał zapewne okazać się kilkuletni barbarzyńca turlający się po podłodze, rzucający drewnianym wyposażeniem kuchni pod sufit (wprawiając w stłumione dudnienie podłogę sąsiadów z pietra wyżej), skaczący niebezpiecznie między kantami stołu i armią foteli bądź odbijający się od kanapy rzężącej starą sprężyną. Na zrulowanym dywanie walały się szczątki rodzinnej zastawy, tudzież uszczknięte szczodrze liście palmy, pomijam już przewertowaną zawartość szafki. Dance makabre kończył się zazwyczaj donośnym protestem matuli. Z fazy mistrzyni gimnastyki przechodziłam szybko i bez dyskusji do roli doświadczonej pani sprzątającej. I tak byle do następnej relacji w telewizji ...
To ci były czasy... – zerkam na zegarek – 43 minuty cudnych wspomnień z dzieciństwa w bloku sowieckim jak nic pomogły mi przetrwać ciężkie 40 minut demokratycznej walki o ciałko leopardzicy.
A wasze wspomnienia z lat osiemdziesiątych są?
Po goździku Wam, towarisze!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

wykend był

Zapiątek był, ale się zmył. Za chwilę niedziela wyzionie ducha tradycją siedmiodniowego układu tygodnia, a zmora poniedziałku cieniem się kładzie na ostatnie godziny harców. Katastrofa poranku czyha już za rogiem, wzdłuż kręgosłupa przebiegają zimne dreszcze.
Nic na to poradzić się nie da, raczej udawać, że do łóżka jeszcze nie czas i gulać ile wlezie...a wlezie sporo!
Wykend był ekstra udany - Carnage w kinie, Millenium po szwedzku w telewizornii, 2 godziny maltretacji pod tyrańskiem okiem Wiecznie Wciętej Blondyny w fitnesowej salce, gdzie obibokowanie uwadze nie ujdzie; kilka miłych godzin u koniowatych włącznie z dystrybucją suchego chleba; sklasowanie dokumentacji na 2011 i otwarcie nowej na 2012 (podatki już się chichrają z naszych rocznych podsumowań, będzie jazda!), maszynka na czacze Chłopa i nowy kolor na mojej czuprynie (nie wdaje się w szczegóły, przyglądnę się krytyczniej w jutrzejszym świetle dziennym, pewnie przy okazji się przewrócę i zahaczę o kant umywalki - krew się poleje i będzie trza od poniedziałku szmatę zapędzić do roboty! cholera!!!!), no i jakieś kulinarne eksperymenty.
Generalanie, jestem padnięta - będę musiała w pracy odpocząć - może się uda? (A kysz szefom z blogowych stronek, a kysz!)

Dobra, kochane borowiki, trzymta sie i do następnego!

sobota, 7 stycznia 2012

przedzapiątowy balonik

Ufffffffffffffffff – trza rzec na okazję piątku. Jak ten balonik, którego napompowano aż do niebezpiecznej przeźroczystości kolorowej gumy i dla zabawy zdecydowano puścić owalną delikatność w siną dal. Ze zwolnionego kołnierzyka powietrze chlusta całą parą wolności powodując wyrzut balonika w kierunku przeciwnym do ruchu luftu. W szaleńczym tańcu wielokrotnej zmiany kierunków i zbyt bliskich spotkań z twardą materią ścian, opada wreszcie zmęczony i postarzały kawałek kauczuku w niezbadanym perymetrze pokoju. Cisza, balonik żył chwilą intensywną i czasem motyla by polec między kurze, gdzie czas mógłby go rozłożyć na związki prostsze i prościejsze. Tam tam tam tam - pogrzebowego marsza zagrajmy mu, chłopaki !

Po długich sekundach, które w niepamięć odsyłają incydentową egzystencją naszego bohatera, do akcji wkracza specjalistka od szwendania się tam, gdzie aparaty czyszczące nie sięgną, niezłomna w swych poszukiwaniach problemów dzielna Missis Batman.

Ta wszędzie wlezie i wszystko na światło dzienne wyciągnie, by później paradować oficjalnie ze zdobyczą wetkniętą nonszalancko między bieluchne ząbeczki. A nich to będzie liść jesienny wiatrem rozhulany: , może szczątek gumki godnej podmiętolenia:
, czy sznurek roztargnionego marynarza:

, panna Churchill ćmi swe zdobycze niczym niezliczone cygara.
I tyle, wykend jest wykend, stąd też ja, miast wklęsnąć się po ciężkim pierwszym tygodniu roku, wpompowuję w siebie radosny eter zapiątku.

bawcie się dobrze drodzy panstwo!

środa, 4 stycznia 2012

chwila refleksji (quazi)konstruktywnej

„Bez patosu, tylko bez patosu proszę.”
W mojej głowie jak u rzeźnika w jakimś osiemdziesiątym drugim, bo ten już pewnie zaczęłam pamiętać. Tłoczą się panie i panowie, dzieciaki grzebią w piasku między krzywo położonymi kaflami chodnika. Wierzą pewnie, że wykopią niebieski koralik. A w sklepie tłoczno i tłoczniej, co bardziej asertywny przyszły konsument polskich wyrobów mięsnych pokrzykuje na sąsiadów i okłada tych bardziej opornych torbą z plastikowego sznurka. Ni z tego, ni z owego do sklepu wpada nagle złośliwy wietrzyk wiosenny i zmiata swobodnie z kamiennej lady drogocenne kartki przydziałowe. Poodcinane kupony wirują przez chwilę pod sufitem wykaflowanym radosnym widokiem bawiących się pulchnych prosiąt , poczym opadają powoli ruchem wahadła ku zadartym twarzom zadziwionego tłumu. Cisza, dzieciaki odwracają wysmarowane kurzem buzie w kierunku sklepu i patrzą zaczarowane jak u rzeźnika majową porą pada śnieg…
W mojej głowie też rzeźnia i obraz śniegiem zamazany – po roku prawie nieobecności na blogu mym znów na ekranie bałagan: jak się zabrać za to ciacho?
Bo prze panów i drogie panie, jak naprawdę pisać dla publiki netowej. Ja bym sobie życzyła tak jak u Gałczyńskiego, : zgrabnie zarymować i by do śmiechu było, choć temat, kochani moi, w zasadzie smutne są strasznie.
Blogów już napoczęłam kilka, ale żaden się nie ostał do końca życia płodowego – poronione twory w efekcie selekcji wirtualnej odpadły zaborcjonowane niekonsekwencją siewcy. Trzeba dyscypliny, i to wielkiej, by ciągnąc w dnia na dzień internetowy dziennik. I to nie po szybkiemu jakieś zdanie sklecić, bo przeca ludzie to czytajom. I kobiety i dziatwa może! Acha !
Można się wysilić i zadąć jakąś mądrością właśnie wyskrobaną z wkikipedii – a jak : będzie glazurka na cycuś glancuś, błyśnie jak trzeba tekścik i … zamroczy podglądaczy. Bo jak coś za mocno jasnością emanuje , to się tego wzrokowo podejść nie da. Patos skreślamy grubym flamastrem, którego woda nawet utleniona nie tknie, ani izopropanole i acetony czy benzyny. Rozpuszczalniki sio.
Za to tchnijmy spontanem – ten się trzyma oka, działa naturalnym lokiem i zdrową opalenizną. Właśnie, bądźmy eko jak nasi przodkowie - miast grzebienia nieście twe paznokcie, zamiast noża lśniący kieł, miast kapłana rozgrzeszająca pałka wielebnego sąsiada.
Generalnie bumerangiem wraca mój problem - jak mnie przywiązać do sieci by przynajmniej dla samej siebie przynajmniej raz dłużej wytrwać na samotnej wyspie.
A chłop na to: „Idę do kosza…” i poczłapał w pięknej bawełnianej piżamce wygranej od Mikołaja Biskupa do łózia.
Dobrej nocki, kochani Markowie….

poniedziałek, 2 stycznia 2012

2012

leje sie ciezka krew mobilizacji - znow kupa nadziei i iluzorycznych wizji, ze uda mi sie pisac regularnie na tym podupadlym blogu. moglabym zaczac jeszcze raz: nowy adres, nowe zycie, ale dobrze mi ze stara sloma w butach. znam siebie na tyle by wiedziec, ze kolejny debiut bedzie tylko lechtaniem nadszarpnietego wczesniejszymi probami zapalu.
stad zostaje tutaj, daje sobie kolejna szance na wyjscie z marazmu, ktory mi skleja szare komory i nie pozwala swobodnie nurkowac w nowe posty. moze dam rade tym razem, moze ten 2012 okaze sie mniej zludny niz poprzednich dwanascie miesiecy, moze ..., moze ...
i korzystajac z tej pieknej okazji zycze sobie samolubnie duuuuuzo radochy, dobrej zabawy i mimo wszystko ustatkowania w mojej blogerskiej egzystencji. obym sie wirtualnie nie dala!

czolem chlopaki!